Kategorie
Bez kategorii

Obraz Boga, na którego przychylność trzeba zasłużyć

 

 

    Przychodzi taki moment w życiu chrześcijanina i w ogóle chrześcijaństwa, kiedy warto się zatrzymać, przyjrzeć się, dokąd zaszliśmy, w jakim miejscu stoimy czy jesteśmy bliżej Boga, czy wręcz przeciwnie oddalamy się od Niego. Czy nasz obraz Boga jest bliski temu ewangelicznemu, takiemu jakim On chciał się nam pokazać, kiedy chodził po tym świecie i nauczał czy też coś jednak zagubiliśmy, może jesteśmy ślepi, na któryś aspekt jego nauczania, a który On jednak bardzo mocno akcentował, a nasza percepcja Jezusowego nauczania rozmija się z intencjami Jezusa? Ciągłe powielanie tych samych schematów, z których nie wynika nic więcej poza trafianiem przysłowiową kulą w płot? „«Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły.” (Mt 11,21) Może to do nas dzisiaj Jezus chciałby skierować te słowa? Mieszkańcy Korozain i Betsaidy widzieli wiele cudów i słyszeli wiele Chrystusowych nauk, jednak nie pojęli, nie dokonała się w nich żadna przemiana myślenia i działania. Może my także mówimy jak ci Grecy po mowie św. Pawła na Aeropagu – „posłuchamy Cię innym razem”, albo zrozumiemy po swojemu, bo tak jest wygodniej, łatwiej, bo to jeszcze mieści się nam w głowie, w naszych utrwalonych pojęciach, schematach, sposobach rozumowania, ponad które nie potrafimy się wznieść. Odrzućmy to wszystko na chwilę i przyjrzyjmy się, zadajmy sobie pytania o nasz obraz Boga. „Za kogo mnie uważacie?”, pyta Chrystus swoich uczniów. Kim jesteś Panie? Czego od nas oczekujesz? Jaka jest Twoja misja tu na ziemi? Czy rzeczywiście nas kochasz? Tyle pytań przychodzi nam do głowy w tym momencie. Spróbujmy dotknąć jednego myślę z powszechnie utrwalonego obrazu Boga jakim jest Bóg, na którego przychylność, miłość trzeba zasłużyć.

    Kiedy przyglądamy się kwestii zasługi w dzisiejszej teologii i duszpasterstwie można odnieść wrażenie, że stała się ona projekcją współczesnego behawioralnego wychowania. W większości rodzice wychowywali nas w systemie nagród i kar. Będziesz się dobrze sprawował, pozwolę ci na przyjemności, zostaniesz nagrodzony, natomiast kiedy będziesz nie będziesz się słuchał, wszystkiego ci zabronię, ukarzę cię. Nietrudno zauważyć, że ten schemat odnosimy do naszych relacji z Biegiem, w którym jawi się on jako ten rodzic, nauczyciel, wychowawca, który wymaga, pragnie by podwładny był grzeczny, w przeciwnym razie jest rozzłoszczony, zagniewany, wściekły i rozdrażniony. Słuchaj się, bo inaczej Bóg cię srodze ukaże. Trzeba robić wszystko by swoim dobrym postępowaniem go zadowolić, pocieszyć, przebłagać, uratować od krzyża, który nałożyli na niego ci wstrętni grzesznicy. Zjednać przychylność i się zbawić. Oczywiście po uprzednim rozliczeniu się. Sprawiedliwy sędzia zważy wszystkie uczynki i orzeknie co przeważyło. Oj niestety grzech ciężki – to już nic się nie da poradzić – tylko piekło…

    Celowo wytłuściłem tutaj zaimek zwrotny „się”. I tu pojawia podstawowy problem i pytanie – kto zbawia? Człowiek się zbawia, czy to Bóg zbawia człowieka? Jak często słowo zbawić, zbawienie pojawia się w tym właśnie kontekście. „Się zbawić” sugeruje, że człowiek posiada w jakiś sposób pełnię możliwości by osiągnąć zbawienie. Jakieś możliwości, działania, jakiś sposób sprawia, że człowiek jest w stanie wypracować sobie w pełni życie wieczne, a więc „zbawić się”. Tak odpowiemy spontanicznie – przecież wystarczy wypełniać przykazania, czynić dobro i można „się zbawić”, niebo murowane. Taki sposób myślenia reprezentował niegdyś żyjący w V wieku mnich Pelagiusz. Uważał on właśnie, że człowiek może osiągnąć zbawienie o własnych siłach. Jego tezy zostały uznane za herezję na soborze w Efezie w roku 431. Dziś w nauczaniu, w kaznodziejstwie swoisty neopelagianizm wciąż istnieje i ma się dobrze.

    Jakie konsekwencje rodzi takie myślenie o Bogu oparte na zasłudze? Najważniejszy ślad tego myślenia odbija się na ludzkiej psychice – to życie w wiecznym poczuciu winy, odrzuceniu, samopotępieniu, nerwice i obsesje religijne, lęki i wreszcie skrupulactwo. Człowiek jest jak to zaszczute, maltretowane dziecko. To patologia duchowości, a nie zdrowa wiara dająca wolność i pokój, nadzieję i pogodę ducha. Jakże ciężko patrzeć i słuchać historii ludzi, którzy codziennie muszą przystępować do spowiedzi w panicznym lęku i obawach przed wiecznym potępieniem.

    Kolejna konsekwencja to życie w poczuciu sprawiedliwości. Są tacy, którzy uważają, że są już doskonali, sprawiedliwi, mocni duchowo, a więc również pewni swojego zbawienia. To oni roszczą sobie w związku z tym prawo do pouczania innych, także potępiania, wytykania błędów. Jakże często słyszymy z ambon takich właśnie kaznodziejów. Potrafią zarzucić słuchaczy całą litanią grzechów, które sprowadzają wieczne potępienie i męki piekielne. Ileż takich rekolekcji już wygłoszono, gdzie ludzie zostali wręcz przygnieceni, zgnojeni tym całym ogromem win, które muszą w sobie szukać. Takie wszak zadanie tych rekolekcji przecież – nawrócenie. Ludzie zostają z tymi grzechami i co dalej się im proponuje? Nic. Gdzie jest w tym w wszystkim Bóg? Nie ma Go – czeka by rozliczyć z najmniejszego grzechu…

    I wreszcie trzecią konsekwencją myślenia zasługą jest porzucenie wiary. Najczęściej ma to również związek z dystansowaniem się wobec rodziców, którzy stosowali system nagród i kar. Odejście od wiary i zerwanie kontaktów z rodzicami człowiek traktuje jako wyzwolenie. Nie chcą mieć nic wspólnego z taką opresyjną wiarą, lękiem przed Bogiem, nie chcą się już więcej bać.

    Przyczyn takiego a nie innego promowania i utrwalania obrazu Boga można upatrywać w tym, że kaznodzieje wyznają pogląd, że wystarczy iść „najmniejszą linią oporu”: Niech ludzie przynajmniej przestrzegają przykazań i mają przed oczyma wizję wiecznego potępienia i to wystarczy. Człowiek się boi i przynajmniej zbawi się z powodu tego lęku.

    Druga sprawa to lęk kaznodziejów przed głoszeniem Bożego miłosierdzia, obawa, że człowiek będzie grzeszył w sposób zuchwały, błędne myślenie, że człowiek nie mając nad sobą tego bicza czy topora w postaci lęku przed piekłem wybierze życie grzeszne. Boże miłosierdzie traktowane jest jako podejście niepedagogiczne, szkodliwe pójście w poprzek pedagogiki kary i nagrody.

    No i wreszcie fakt, że samo duchowieństwo ma fałszywy obraz Boga. Redukują chrześcijaństwo do zbioru nakazów i zakazów moralnych, nie mają relacji osobowej z żywym Bogiem, najczęściej stawiają się wyżej od wiernych, wierzą we własną doskonałość i uważają się za sprawiedliwych, by z tej pozycji przy każdej okazji wytknąć każdy najmniejszy występek.

    Podążając nadal tropem psychologii behawioralnej – systemu kar i nagród – poszukajmy jej śladów w teologii. Katechizmowe sformułowanie pierwszej prawdy wiary – „Bóg za dobre wynagradza a za złe karze”. Jakże upraszczające wszystko to stwierdzenie! Ileż to można przytoczyć przykładów, świadectw, historii życia, hagiografii nawet, które przeczyły temu sformułowaniu. Co więcej sama Biblia przeczy tej frazie. Ile historii, kiedy za dobre postępowanie, wierność nie spotykało człowieka szczęście, nagroda. Podobnie i w drugą stronę – złym żyje się dobrze. Ktoś powie – to w życiu doczesnym, chodzi o życie wieczne. Gdyby iść tropem tej „prawdy wiary”, Dobry Łotr nie otrzymałby przebaczenia w ostatniej chwili. Bo czym sobie zasłużył? Całe życie w grzechu. Bóg nie musi nikogo karać za grzech. Każdy grzech, nieposłuszeństwo Bogu już sprowadza na człowieka karę w postaci skutków grzechu. Grzech i kara za niego to niejako jeden „pakiet”. Bóg nie ukarał pierwszych rodziców, pozwolił by doświadczyli właśnie konsekwencji swojego postępowania. A myśmy to tylko tak nazwali, że on karze sprowadzając na nas jakieś srogie sankcje, nieszczęścia, choroby, plagi. W Starym Testamencie funkcjonuje jednak świadomość, że choroba, nieszczęścia jakie przydarzają się człowiekowi to kara za jego grzechy lub jego rodziców. W celu pozyskania przychylności bóstwa składano ofiary przebłagalne. Podobne znaczenie miały przebłagalne ofiary Starego Testamentu. Księga Hioba rozprawia się tym myśleniem. Przyjaciele Hioba usilnie wmawiali mu, że na pewno musiał zgrzeszyć, skoro takie rzeczy mu się dzieją – stracił majątek, rodzinę, zdrowie. Tu nie chodzi o kupczenie z Bogiem. Uczynię jakieś rytuały, zasłużę, co ma zagwarantować mi przychylność. To właśnie sprzed świątyni Jezus przepędza ludzi, którzy ułatwiali innym złożenie ofiary przebłagalnej – oferowali wymianę walut przybyszom jak również zakup baranków, gołębi i wołów potrzebnych do złożenia ofiar przebłagalnych. Sporządza sobie bicz ze sznurków i przepędza to towarzystwo a stoły wywraca. (J 2, 13-16) „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!” Gniew Boga wywołuje właśnie handlowanie z Nim. Miłość Boga, łaska, błogosławieństwo, wreszcie zbawienie, życie wieczne to nie jest rzecz, którą można sobie nabyć na targowisku. Nie można tutaj zastosować kategorii wymienności, ja coś Bogu, Bóg coś mi w zamian. My słabi, grzeszni ludzie jesteśmy na tyle niewspółmiernym partnerem Boga w tym przymierzu, że żadną miarą nie zdołamy wynagrodzić Bogu, oddać długu, który zaciągnęliśmy. Boża ekonomika jest przedziwna – to Bóg, sam „pokrzywdzony”, „wierzyciel” spłaca za nas dług, wynagradza, sam jest ofiarą przebłagalną w zamian za nas na krzyżu. Łaska to jak kieszonkowe od dobrego wujka, za które możemy kupić mu prezent na urodziny. Łaska jest zawsze darmowa, bezwarunkowa, nie trzeba robić nic by ją otrzymać, trzeba ją tylko przyjąć. Posłuchajmy proroka Izajasza: ”O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, <dalejże, kupujcie> bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw.” (Iz 55, 1-2) Wystarczy przyjść do Boga, odważyć się przyjąć, pozwolić się obdarować łaską. Kto zgrzeszył on czy jego rodzice, że tak cierpi? To nie o to chodzi mówi Jezus. Tak wygląda właśnie Boże miłosierdzie, ono wyklucza jakikolwiek handel z Bogiem, zasługę, warunkowość, coś za coś, po prostu wystarczy przyjść, by otrzymać obfitość łaski, przebaczenia, wreszcie zbawienia, „dziś jeszcze ze mną będziesz w raju” (Łk 23,43)

    Poszperajmy jeszcze w Piśmie Świętym i przyjrzyjmy się postawom, nastawieniu Jezusa jak i grzeszników w sytuacji spotkania Jezus-grzesznik. Jak Jezus traktuje grzeszników? Czy ich gani, strofuje, straszy piekłem, poniża, wyzywa, krytykuje, nie chce mieć z nimi nic wspólnego? Kogo jednak gani, do kogo adresuje swoje „biada”? Jakie postawy, wewnętrzne nastawienie charakteryzuje ludzi, którzy noszą w sobie winę?

    Zobaczmy scenę powołania Lewiego: (Łk 5,27-32, Mt 9,9-13). Nie ma tu słów typu: nawróć się, zmień swoje życie i dopiero idź za mną. Było samo: „Pójdź za mną”. Potem wielkie przyjęcie u Lewiego, które budzi sprzeciw sprawiedliwych faryzeuszy. Jak to? U grzesznika? Tego podłego ździercy? Nieczystego? Nie ma tu wzmianki o wielkim sprzątaniu, przygotowaniach, Jezus wchodzi do takiej izby jaką ona jest, nie upiększonej, przyozdobionej, ale do tej zastanej, prawdziwej, nie do duszy bezgrzesznej, ale do duszy brudnej, chorej od winy. Jezus konstatuje: „Lekarz nie jest potrzebny zdrowym, ale chorym.” „Nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

    Druga podobna historia to opowieść o Zacheuszu (Łk 19, 1-10). Zacheusz był zwierzchnikiem celników, czyli można powiedzieć szefem Lewiego. Ten mały, ciekawski człowieczek wdrapał się na sykomorę, aby zobaczyć Jezusa, ten go zauważył i to spojrzenie Jezusa spowodowało przemianę w sercu Zacheusza i oto już od tej chwili był innym człowiekiem. Także jest uczta, później deklaracja zadośćuczynienia. Nie ma tu krzyku, wypominania win, jest spojrzenie, jest miłość, która zmienia, leczy zatwardziałe ludzkie serce.

    W Ewangelii wg św. Łukasza opisana jest grzeszna kobieta Łk 7,36-50, która weszła do domu faryzeusza Szymona i namaszczała Jezusowi nogi olejkiem i wycierała włosami. Faryzeusz, który potępia tę kobietę w myśli, patrzy na nią z pozycji swojej doskonałości, nieomylności. Kobieta reprezentuje postawę pokory, uniżoności – stopy namaszcza olejkiem, oblewa łzami, wyciera włosami. Jezus przywraca jej godność, mówi o długach, które jej darowano, o miłości, którą teraz okazuje. Jakże różne to postawy zestawione w jednej scenie!

    Podobne zestawienie mamy w scenie, w której w świątyni modlą się dwie osoby – faryzeusz i celnik. Faryzeusz oddziela się od innych swoimi zasługami – „Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Popatrz Panie na moją sprawiedliwość, na moje zasługi, tyle obrzędów wykonałem, różańców, koronek odmówiłem, postów przestrzegałem, jałmużnę dawałem, nie równaj mnie z tymi grzesznikami. To postawa pychy, pogardy i wywyższenia się ponad innych. Natomiast celnik modli się z pozycji uniżonej, pokornej – „stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika»” i przede wszystkim miał świadomość swoich grzechów, wie, co uczynił złego, cierpiał z tego powodu. Faryzeusz natomiast był zadowolony i usatysfakcjonowany ze swojego postępowania.

    Jezus bardzo dobitnie pokazał, że ten, który chce osądzać innych z pozycji swojej domniemanej doskonałości nie ma do tego prawa, w scenie z kobietą cudzołożną, którą chciano ukamienować. (J 8, 1-11) Wystawiając Jezusa na próbę faryzeusza przyprowadzili kobietę ujętą na gorącym uczynku na cudzołóstwie. Jezus miał się opowiedzieć za lub przeciw prawu, które nakazywało wykonać karę na cudzołożnicy. Jezus zbija ich z tropu stwierdzeniem, że możecie rzucić kamieniem, ale tylko w przypadku, kiedy nie popełniliście żadnego grzechu. Faryzeusze chyba jednak zachowali w jakimś stopniu świadomość własnej grzeszności, ponieważ zapewne w tym momencie każdy z nich uświadomił sobie jakąś swoją winę. Można zadać pytanie czy może Jezus również i ich w tym momencie odmienił, może przestali już mieć tak wysokie mniemanie o sobie? Jedyny, który miał prawo rzucić kamieniem – Jezus (wszak był bez grzechu) nie zrobił tego, lecz przebaczył grzech tej kobiecie i darował jej nowe życie.

    Najpiękniejszą przypowieścią ewangeliczną jest chyba przypowieść o synu marnotrawnym lub o miłosiernym ojcu. Syn, który roztrwonił majątek ojca, wraca w zamiarze zatrudnienia się u niego jako najemnik, by nie dzielić już jedzenia ze świniami. Układa sobie mowę, którą wypowie, aby wściekły zapewne ojciec zechciał go przyjąć. Jest to wyznanie winy – „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z najemników.” Moja wina względem ciebie sprawiła, że straciłem godność nazywania się twoim synem, nie domagam się niczego ponadto byś zatrudnił mnie u siebie jako swojego najemnika, do końca życia będę odpracowywać to co zmarnowałem. To nic innego jak postawa świadomości grzechu, nicości przed Bogiem, pokory. Jakże zaskakująca jest postawa ojca! Gdy był jeszcze daleko ojciec już go wypatrzył, zapewne wyglądał go już dłuższy czas. Kiedy wreszcie go dostrzegł „wzruszył się głęboko” i wybiegł mu na spotkanie, odział w nowe szaty, wydał ucztę i radował się. Odtąd syn był jak książę nie jak świniopas czy najemnik jak się tego spodziewał.

    Warto przyjrzeć się sformułowaniu „wzruszył się głęboko”. Pod tym słowem kryje się greckie słowo εσπλαγχνισθη (esplagchnisthē), które oznacza również grecki idiom „przekręciły się w mu wnętrzności”. Słowo to występuje w kilku miejscach w Ewangelii w momencie, kiedy Jezus dostrzega jakąś ludzką biedę. Czy to, kiedy widzi kobietę, której syna zmarłego niosą na marach (Łk 7, 13), czy to w przypowieści o miłosiernym samarytaninie (Łk 10,33), czy to widząc ludzi znękanych chorobami, biedą, porzuconych, przygnębionych grzechem (Mt 9,36; Mt 14,14; Mk 6,34) Oprócz litości, współczucia, wzruszenia, które by sugerowało to słowo, Jezus doświadcza to fizycznie, jakby odczuwał skręt kiszek lub ból brzucha na widok ludzkiego grzechu, biedy, zagubienia. W przypowieści o miłosiernym ojcu słowo to dodatkowo wyraża radość. Ojciec wzruszył się głęboko w momencie, kiedy w oddali zobaczył syna. Była to jednocześnie litość nad opłakanym stanem tego człowieka jak i radość, że wrócił, że go odzyskał.

    Aby zobaczyć, jak Jezus odnosi się do grzeszników, wystarczy prześledzić jego emocje. Dla grzeszników zawsze ma twarz łagodną. Przebaczenie Jezusa ma zawsze twarz miłości, twarz przytulenia, to zawsze ciepłe emocje – wzruszenia, współczucia, litości, radości. Jezusowi wywracają się wnętrzności na widok biedy ludzkiej. Skąd u głosicieli słowa gniewne oblicze obrażonego Boga w stosunku do grzechu? Grzech nie jest w stanie Boga obrazić, grzech budzi Jezusowe współczucie, litość. Co więcej grzech nie jest w stanie oddzielić, cokolwiek zmienić w miłości Boga do człowieka. Ta wciąż pozostaje taka sama.

    Gniew Jezusa budzą sprawiedliwi, ci co mają o sobie wysokie mniemanie, przeświadczenie o bezgrzeszności, sprawiedliwości. To do nich kieruje swoje „biada” pokazując ich obłudę, że gardzą innymi, że nakładają ciężary nie do uniesienia, że uważają siebie za bezgrzesznych. To postawa sprawiedliwych jest przeszkodą dla łaski i co może się wydawać paradoksem, do osiągnięcia zbawienia. Gniew budzą ci co handlują z Bogiem, próbując zjednać sobie jego przychylność gromadzeniem zasług. Wydawać by się mogło, że ci, którzy nagromadzili tyle zasług, tak się wydoskonalili, takie wyżyny wzrostu duchowego osiągnęli, zbawienie właśnie mają zapewnione.

    Perykopa o sądzie ostatecznym (Mt 25, 31-46) rozprawia się tak naprawdę z logiką zasługi. Kluczem do zrozumienia tego jest zdziwienie. (wersy: 37-39, 44) Owce po prawej zaprasza do Królestwa Niebieskiego, bo drugiemu człowiekowi uczynili określone dobro. Po wysłuchaniu tej litanii pochwał, owce pytają zdziwione – no, ale kiedy to wszystko się wydarzyło, kiedy uczyniliśmy Ci to dobro? Jakby nie potrafili odszukać takich faktów w swojej pamięci. Dlaczego człowiek może nie pamiętać takich tego typu wydarzeń? Może tak się zdarzyć w momencie, kiedy wydają mu się one czymś zwyczajnym, naturalnym, oczywistym. To nic szczególnego – mówimy – każdy by tak postąpił i nie poczytujemy sobie tego za zasługę. Owce są jednak zdziwione, że zasłużyły, bo zasług nie gromadziły jak orderów, medali, pucharów na półce, by potem się nimi przed sędzią pochwalić. Może owce są jak ten syn marnotrawny, co to spodziewał się zostać jedynie najemnikiem. Jakże był zdziwiony, kiedy otrzymał nowe szaty i został ugoszczony jak król…

    Podobne zdziwienie panuje po drugiej stronie wśród kozłów. Ale jak to nie usłużyliśmy? Nie odwiedziliśmy cię? Przecież usłużyliśmy, mamy na to dowody, dlaczego tego nie dostrzegasz? O które sytuacje Ci Panie chodzi? Przecież my już mamy zasługi! A może za dużo się spodziewali otrzymać, może właśnie chcieli handlować – za dobre uczynki miłości życia wiecznego nam nie dasz Panie? Jakże bezczelnym byłby syn marnotrawny, gdyby domagał się uczty, nowej szaty, koźlęcia na stole? „Ma tupet” odpowiedzielibyśmy – przepuścić wszystkie pieniądze na prostytutki i jeszcze domagać się drogiej szaty i uczty… Będziemy sądzeni z tego na co nie zasłużyliśmy. Sprawiedliwi już odebrali swoją nagrodę. (Mt 6,5)

    Na ten sąd ostateczny niektórzy czekają jak na ziszczenie się swoich imaginacji o sprawiedliwości – teraz to już Bóg im dokopie, wszystkim którzy mnie skrzywdzili. A jeśli Bóg ich przyjmie, Dobrych Łotrów, to co wtedy? Czy po sądzie ostatecznym wszyscy się zmieścimy w tym niebie? Niebo dla mnie, nie dla grzeszników, nie dla moich wrogów. Niebo hermetyczne dla mojego towarzystwa, dla sprawiedliwych. Jakże przedmiotowo wykorzystujemy Boga. On musi spełniać nasze wyobrażenia, nasze ciasne pojęcia o niebie, piekle, sprawiedliwości. Bóg na szczęście to wszystko przekracza.

    Jakiż to paradoks! Wydawałoby się słuchając dzisiejszych kaznodziejów i rekolekcjonistów, że celem życia chrześcijanina jest doskonałość, sprawiedliwość i bezgrzeszność, a co za tym idzie wieczna nagroda w niebie. Tymczasem Jezus odrzuca postawę poczucia sprawiedliwości pokazując, że serce takiego człowieka jest zatwardziałe i niezdolne do tego by przyjąć łaskę Bożą. „Sprawiedliwy” tak naprawdę grzeszy pychą, nie mając o tym w ogóle pojęcia, jak alkoholik, który mówi, że ma nad wszystkim ma kontrolę, a dzień w dzień chodzi pijany, to chory, który nie wie, że jest chory. Jak można kogoś takiego leczyć? Jezus przyszedł do chorych, nie do tych co się uważają za zdrowych i sprawiedliwych. Jeśli uważasz się za sprawiedliwego, to Jezus do ciebie nie przyszedł!

    Skoro odrzucamy obraz Boga, na którego łaskę, błogosławieństwo, przychylność trzeba zasłużyć, to kim w takim razie jest Bóg? A wy za kogo mnie uważacie? Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16,15-16) pada odpowiedź Szymona Piotra. Jeśli Mesjaszem, który zbawił nas zupełnie za darmo, bez żadnych naszych zasług, starań, to jedyne co możemy zrobić to nawiązać z nim relację. Jezus to ktoś równy nam, mamy to samo ciało – ludzkie. Po to Jezus uniżył samego siebie, by nawiązać z nami relację miłości. Najwyższa pora skończyć z projektowaniem obrazu naszych rodziców, którzy bywają rzeczywiście różni i wychowania behawioralnego, już pora skończyć z obawą przed Bogiem, który pragnie być blisko nas. Jak to dobrze mieć kogoś, kto kocha nas bez względu na nasze wady, grzechy, niedoskonałości, słabości, kto patrzy z miłością, którego spojrzenie koi i skłania do zmiany myślenia i postępowania. Jak dobrze być z kimś, dla kogo nasz grzech nie stanowi najmniejszego problemu, który wie i widzi dogłębnie jak to zło nas niszczy, który wciąż nas uwalnia od zła i jego skutków i nie męczy się przebaczaniem. On widzi jak grzech sprowadza nas do parteru, jak często leżymy w błocie. On widzi naszą biedę i pokazuje nam nasz grzech w miłości przez swojego Ducha, w taki sposób, że nas to nie przygniata, lecz wyzwala i uwalnia. Po cóż jeszcze potrzebne te umoralniające mowy z ambony? Warto wreszcie się odważyć i głosić przesłanie Lekarza dla chorych na duszy i opamiętanie dla tych, którzy się okłamują, że już zasłużyli na Królestwo Niebieskie by się kiedyś srodze nie zawiedli.